Nie ma psów-leniuchów - trener podpowiada, jak rozpocząć przygodę z dog frisbee

fot. mat. prasowe
- Chodź, chodź, pokażemy ci sztuczkę! - słyszysz podczas wspólnego spaceru z psem i jego dumnym właścicielem. Przez ostatnie tygodnie wysłuchiwałeś cierpliwie, jakich to Reksio nie zrobił postępów. Teraz na własne oczy miało być ci dane przekonać się o magicznej mocy słów „Siad!” i „Przynieś!”. Szybko jednak okazuje się, że czar zaklęcia ma ograniczony zakres działania - w przydomowym parku Reksio na komendy reaguje tak samo jak na „abrakadabra”, czyli nijak. - Oj, coś leniwy jest dzisiaj - usiłuje ratować sytuację właścicielka, w co trudno uwierzyć, widząc jak puszczony już w samopas Reksio z wywieszonym językiem hasa od jednego drzewa do drugiego, niemal odbijając się od nich jak piłka. - Gdyby tylko tak mu się chciało aportować… - wzdycha „pani”. „Ale przecież mi się chce? Nie widzisz?” - powiedziałby pewnie Reksio, gdyby mówił. O to jak z tego komunikacyjnego impasu wybrnąć zapytaliśmy trenera psów, Dariusza Radomskiego.

- Słysząc, że pies jest leniuchem czy uparciuchem, zawsze trochę się buntuję. Najczęściej oznacza to, że nie potrafimy go zmotywować - mówi Dariusz Radomski, który na co dzień trenuje psy do zawodów w dog frisbee. Jeśli szukacie sposobu, aby ruszyć swoje dwie oraz pieskie cztery łapy z kanapy, rzucanie i łapanie plastikowego krążka jest do tego idealnym pretekstem. Jak zacząć przygodę z dog frisbee przeczytacie poniżej, a w praktyce wypróbujecie na nadchodzących zawodach Latających Psów.
Kiedy psy odkryły, że fajnie jest biegać za kijkiem?



Za kijkiem to nie wiem (śmiech). Natomiast za ojca dog frisbee uznaje się Alexa Steina, który czterdzieści-parę lat temu był pasjonatem „ludzkiej” odmiany tego sportu. Tak się składa, że miał on psa - whippeta o imieniu Ashley. Historia dog frisbee rozpoczęła się w przerwie meczu footballu amerykańskiego. Stein i Ashley wbiegli na murawę i zaczęli bawić się frisbee. Pan wyrzucał kilkumetrowe “petardy”, Ashley łapał wyskakując na 2, 3 metry w górę. Organizatorzy ponoć nic o tym nie wiedzieli - ochrona była kompletnie zaskoczona. Improwizowany pokaz wywołał duże zamieszanie, w efekcie czego pies zaginął. Odnalazł się po kilku dniach, przygarnięty przez jedną z rodzin obecnych na meczu. Dzisiaj Ashley ma nawet swoje muzeum, a Alex Stein do tej pory gromadzi wszystkie pamiątki z nim związane.

Podstawowa konkurencja to wyrzut i złapanie frisbee przez psa?

Tak, tak to wygląda. Wykorzystuje się tu podstawowe popędy łowieckie. Pies w sposób naturalny podąża za ruchomymi obiektami. Każdy wie, że psy ganiają za kotami. Co ciekawe robią to ponoć tylko dlatego, że koty ucieka. Gdyby stały w miejscu, nie było problemu. Podobnie jest gdy rzucimy piłeczkę - pies chętnie po nią pobiegnie, choć z przynoszeniem już jest gorzej (śmiech). Jeśli jednak uda się tak podejść psa, żeby i biegł, i łapał, i przynosił frisbee, okaże się że nie będzie nawet czekał, aż krążek spadnie na ziemię. Dobrze rzucone frisbee ma taką właściwość, że długo utrzymuje się w powietrzu. Pies robi się wtedy niecierpliwy i z tej niecierpliwości wyskakuje, co my to „bezczelnie” wykorzystujemy w zawodach. Inną konkurencją jest tzw. freestyle, czyli pokazy trików z użyciem frisbee. Pan i pies mają dwie minuty, aby zaprezentować sekwencję najciekawszych sztuczek.
Ile zajmuje wytrenowanie psa? Każdy ma do tego naturalną skłonność?

W dużej mierze jest to cecha osobnicza. Największe znaczenie ma jednak to jak ustawiona jest relacja pomiędzy psem i człowiekiem. Jeśli nauka sztuczek przynosi radość, pies bardzo chętnie pracuje dla człowieka. Jest też jednak oportunistą - musi mieć z tych ćwiczeń korzyść. Podobnie jak my - cokolwiek robimy, to głównie dlatego, że przynosi nam to jakąś korzyść. Jeśli więc uda nam się przekonać psa do ćwiczeń, które od początku mu się podobały, wtedy szybko wskoczymy na wyższy poziom.

Psa, który ma dobrą relację z człowiekiem i potrafi aportować, czyli jak mówimy w naszym środowisku: ma „dobrze zrobione podstawy”, łatwo da się przekonać do łapania frisbee. To jednak dopiero pierwszy krok, który da się wypracować bardzo szybko. Można to porównać do nauki języków - pierwsze lekcje z reguły są bardzo łatwe, natomiast osiągnięcie biegłości wymaga ogromnej pracy i długiej nauki.

Zawody odbywają się na różnych poziomach zaawansowania. Pies, który łapie i przynosi frisbee, a do tego ma z tego frajdę, znajdzie dla siebie konkurencję. Uczestnictwo w zawodach freestylowych wymaga już jednak doświadczenia, przemyślanego treningu oraz talentu - zarówno ze strony psa, jak i właściciela. Frisbee jest więc z jednej strony bardzo popularną dyscypliną, z drugiej - bardzo elitarną, na tym najwyższym poziomie.

Mówi pan, że psy mają naturalną skłonność do „łapania”, ale każdy z nas zna też „psa-leniucha”. Jak skłonić kanapowca do łapania frisbee?

Słysząc, że pies jest leniuchem czy uparciuchem, zawsze trochę się buntuję, bo najczęściej oznacza to, że to my nie potrafimy go zmotywować.

Czyli to nie pies tylko my jesteśmy leniwi?

Niekoniecznie leniwi, ale nie bardzo umiemy się z psem skomunikować, przekazać mu o co nam chodzi. Zgodnie z najnowszymi metodami szkolenia, powinniśmy tak kierować zabawą, aby pies miał przekonanie, że sam ją wymyślił. To podejście stosuje się od niedawna, a w nauce aportowania nadal panują stereotypy, wywodzące się ze starych metod szkoleniowych opartych na dominacji. Zgodnie z nimi człowiek musi zawsze z psem wygrać, dlatego po aporcie należy zabierać mu zabawkę. Takie podejście kończy się tym, że jeśli pies nam coś raz przyniesie, my mu to zabierzemy, to więcej już nie przyniesie… bo mu zabierzemy.

No bo co to za zabawa?

Dokładnie. Dlatego ja nigdy nie zabieram zabawki. Zawsze staram się, żeby pies tę zdobycz traktował jak wygraną. Jednocześnie tak nim manewruję, że ma on przekonanie, że właściwie robi tylko to, co mu się podoba. To jest w tym wszystkim najtrudniejsze, ale też najbardziej korzystne: pies z błyskiem w oczach wykonuje wszystkie polecenia, a widzowie mają wrażenie, że pies robi to dla mnie. Ja z kolei również mam frajdę z udanej zabawy. Wszyscy są więc zadowoleni.

Jest jakiś magiczny trik, żeby skłonić psa do zabawy?

Ja go nie mam. Jedyne co mogę podpowiedzieć to to, że zabieranie zabawki nie działa, tak samo jak próba dominacji - ja tego nie stosuję. Pies musi mieć z zabawy korzyść.
Kto się bawi we frisbee lepiej - pies czy pan?

Jeśli jedna ze stron nie będzie się dobrze bawić, to druga również nie będzie z tego miała żadnej radości. Rzucanie frisbee tylko po to, żeby pies się „wybiegał” nie ma sensu. Ludzie, którzy uprawiają dog frisbee wykorzystują każdą możliwość, każdy spacer, żeby podnosić swoje umiejętności - nagrodzić głosem czy zachowaniem za każdy dobrze wykonany trik. O dziwo, taka pochwała genialnie działa - później pies postara się powtórzyć dobre zachowanie, żeby tylko usłyszeć naszą aprobatę. My z kolei, widząc, że pies się stara i w ten sposób się z nami komunikuje, bardziej twórczo podchodzimy do treningów.

Dla mnie tego typu rodzaj szkolenia, gdzie obserwujemy psa i staramy się zrozumieć, co chce nam on przekazać, jest najlepszą bazą do postępów. Komunikacja pomiędzy nami i psem wykracza poza poziom podstawowych potrzeb, a to właśnie na nich oparte są podstawowe metody szkolenia. Zasada: „Zrobię coś dobrze, dostanę smakołyk” zbudowana jest na piramidzie potrzeb Masłowa - niższych i wyższych. Co ciekawe, zaspokojenie tych podstawowych, czyli na przykład głodu smakołykiem - już nie wystarcza. Pies fantastycznie przyjmuje nagrody socjalne - w postaci wyrazów uznania. Można wręcz zaryzykować stwierdzenie, że bardzo dobrze działają też nagrody bazujące na własnym dążeniu psa, aby zrobić coś lepiej niż poprzednio.

Wynika z tego, że psy są jeszcze bardziej podobne do ludzi - nie działa kij, tylko marchewka?

Na poparcie tej tezy mogę podać dwa przykłady z mojego zawodowego i trenerskiego życia, które pokazują, jak można w szkoleniu czy w psim sporcie wykorzystać uczucia wyższe, które człowiek i pies do siebie żywią. Kilka lat temu byłem na zawodach w zaganianiu owiec. Była tam też pani z Austrii. Siedzieliśmy obok siebie, rozmawialiśmy. Przy niej cały czas leżał boarder collie - wpatrzony w nią jak w obrazek. Widać było, że ona jest dla niego wszystkim. Przygotowywali się do wyjścia na zawody. Kiedy przyszła ich kolej, kobieta zaczęła psa ignorować, wręcz odganiać. Dawała mu do zrozumienia, że jest on kompletnie w tej chwili nieważny. Pies oczywiście był tym faktem bardzo przybity, niemal pytał: „Ale dlaczego?”. Kiedy jednak kobieta wyszła na swoją pozycję startową i zawołała psa, ten nieomal oszalał ze szczęścia, był w stanie zrobić dla niej wszystko, o co tylko poprosi. Przebieg udał im się fantastycznie i koniec końców, wygrali te zawody.

Druga sytuacja miała miejsce podczas jednego z seminariów, które prowadziłem. Był tam pies, nie do końca przekonany, czy coś chce dla swojego właściciela zrobić. I choć wydawało się, że polecenia rozumie, motywacja najwyraźniej mu spadła. Każde ćwiczenie staramy się kończyć jakimś sukcesem, żeby pies pozytywnie je zapamiętał. Zaproponowałem więc, żeby właścicielka psa na pół minuty zniknęła mu z oczu, schowała się za budynek. Pies był wyraźnie zaniepokojony, ale po chwili, kiedy właścicielka znowu pojawiła się w zasięgu wzroku, tak się ucieszył, że wstąpiła w niego niewiarygodna radość i chęć działania. To było magiczne.

Parę lat temu nie wyobrażałem sobie, że coś takiego może zadziałać. Wtedy w szkoleniach stawiano tylko na „smakołyk”. Do psa można jednak dotrzeć na wiele różnych sposobów, również stosując metody zupełnie inne od tych, bazujących na zaspokajaniu podstawowych potrzeb.

Zastraszaniem i krzykiem również nic nie zdziałamy?

Dokładnie. Zaburzając poczucia bezpieczeństwa mamy motywator w postaci unikania strachu. Pies zrobi dla nas coś, żeby tylko nie doznać bólu, na przykład od kolczatki. Wszystko to, czym ja się zajmuję, na szczęście, wyklucza tego typu metody. Jakakolwiek próba działania dominującego, czy opartego na bólu czy strachu, we frisbee, flyballu, czy żadnej innej dyscyplinie opartej na spontanicznym aportowaniu, się nie uda.

Spontaniczne czyli niewymuszone.

Są dziedziny szkolenia psa, gdzie takie twarde metody szkoleniowe mają uzasadnienie, na przykład przy szkoleniu psów asystujących osobom niewidomym. Tam już nie ma kompromisów, co jest usprawiedliwione, bo chodzi tu o życie człowieka. Pies musi wtedy bezwzględnie wykonać to, co do niego należy. Natomiast w kwestiach, powiedzmy, sportowo-lifestylowych, jak możemy dążyć do tego, aby przyjacielowi sprawiać ból?

A jaki „przyjaciel” najbardziej nadaje się na towarzysza zabaw we frisbee - rasowiec, kundelek?

Z rasami jest tak, że miały one służyć do konkretnych celów, na przykład polowań. Wytrenowane do tego celu psy są bardziej samodzielne - aby wykonać swoją pracę nie musiały zacieśniać kontaktu z człowiekiem. Z kolei te, które używane były do pracy przy stadzie, czyli owczarki, musiały w umieć się z człowiekiem skomunikować. Z drugiej strony, najbliżej nas były zawsze właśnie kundelki. Dlatego w sporcie kundelków mamy co niemiara.

Ostatnio na zawodach w Sopocie na podium stanął kundelek schroniskowy. We flyballu - wyścigu psich sztafet - mamy drużynę z Olsztyna, która, można powiedzieć, ogołociła olsztyńskie schronisko. Zdecydowana większość psów w ich drużynie to kundelki ze schroniska. Biegają, mają frajdę, są gwiazdami internetu, mówi się o nich - jest to świetna alternatywa do siedzenia w klatce. Jest też Laki - gwiazda dog frisbee w Polsce, który pewnie do tej pory siedziałby gdzieś w schroniskowej klatce w Wałczu, gdyby nie to, że kilka lat temu nasza koleżanka Asia, z tego schroniska go wyciągnęła. Bardzo długo próbowała do niego trafić, bo Laki był agresywny w stosunku do ludzi i zwierząt. Socjalizacja trwała bardzo długo. Kiedy się udała, Laki odkrył frisbee, a teraz odnosi w tej dziedzinie międzynarodowe sukcesy. Jest niesamowity: wygląda jak przeciętny Burek czy inny Pimpuś, ale ze swoją panią współpracuje tak fantastycznie, że niejeden boarder collie z piętnastoma przydomkami może mu pozazdrościć.
Świetny pomysł na odmianę losu piesków ze schroniska - wypuścić z klatek i pozwolić ganiać za frisbee.

W Polsce to podejście dopiero raczkuje, natomiast w Stanach - jest na porządku dziennym. W flyballu bardzo ważnym członkiem drużyny jest mały pies, tak zwany „height dog”, który ustala wysokość przeszkód dla pozostałych psów w drużynie. Okazuje się, że małe psy rasowe nie radzą sobie z tym dobrze - nie mają na tyle ani struktur, ani wytrzymałości i zaciętości. Z kolei wszelkiego rodzaju mieszańce, małe psy, radzą sobie dużo lepiej. Idąc tym tropem, amerykańscy flyballowcy, ruszyli więc do schronisk. Stało się to świetnym pretekstem do tego, aby ratować psy z życiowych opresji.

POLUB NAS NA FACEBOOKU